Kiedyś to było, a teraz to nie ma…

Jak sobie tak czasem pomyślę, że w tym pole dance to ja już 6 lat siedzę, to aż mi się wierzyć nie chce. Oczywiście, nie tylko dlatego, że idę na salę i widzę umiejętności na poziomie podstawowym/średniozaawansowanym, ale głównie dlatego, że to naprawdę kupa czasu i wiele zdążyłam już zaobserwować. A tak przy okazji dodam, że chyba nic mnie tak nie smuci/denerwuje, jak pytanie “JAK DŁUGO TRENUJESZ?”, ale o tym przeczytasz tutaj. Wracając do dzisiejszego tematu to ja Wam powiem, że naprawdę wiele się zmieniło, a trzeba nadmienić, że nie jestem osobą, która w pole dance siedzi od jego pradawnych początków w Polsce. Taką osobą jest chociażby Karolina Grzywaczewska, której ostatni post zainspirował mnie do poruszenia tego tematu, (z góry dziękuję!) więc zobaczmy, jak było kiedyś.

Jak to się zaczęło?

Skoro post Karoliny był dla mnie inspiracją, to postanowiłam właśnie od niego zacząć. Kto jeszcze go nie czytał, ten ma niepowtarzalną okazję zrobić to właśnie w tej chwili. O tu, poniżej.

Nie wiem, może ktoś po przeczytaniu takich słów, jakimi posługuje się Karolina, się obrazi, ale dla mnie to była wielka wieczorna dawka motywacji do ćwiczeń. Po wejściu w sekcję komentarzy można doszukać się jeszcze większej ilości wspomnień i dowiedzieć się, że dziewczyny ćwiczyły nawet na rurach z Castoramy (!). Tak jak już wspomniałam, nie byłam czynnym uczestnikiem rodzenia się pole dance w Polsce, ale z kilkoma rzeczami naprawdę mogę się w pełni zgodzić.

Po pierwsze – RURA kiedyś i dziś

Tak, bez tego zdecydowanie nie da się trenować pole dance i wie o tym dokładnie każdy. Obecnie wybór na rynku pole dance jest tak duży, że czasem naprawdę nie wiadomo, co będzie dobre dla Ciebie. Kiedy ja zaczynałam treningi to nie miałam takich przygód, jakie dziewczyny opisują w komentarzach, ponieważ od samego początku trenowałam na rurkach 45 mm, malowanych proszkowo, firmy Sun Pole. Obecnie ta marka jest naprawdę top na całym świecie, więc od początku miałam najlepiej (he he). Nie miałam możliwości narzekać na przyczepność, bo w studiu były tylko rurki malowane. Na wysokość też nie narzekałam, bo zupełnie nie miałam pojęcia jaka jest optymalna. Szczerze – po prostu mało interesowałam się tym, jakie rurki są w ogóle dostępne. Przyszłam na zajęcia, stało kilka rurek, wybrałam jedną i trenowałam.

Co ciekawe, na zdjęciach możecie zobaczyć, że jest to studio Sunset Girl, którego założycielką była Karolina Grzywaczewska 🙂 Możecie też zauważyć, że trenowało się w zwykłym topie i spodenkach, ale w tym wypadku zdecydowanie wolę dzisiejszy wielki wybór pięknych strojów. Przy okazji wspomnę mimochodem, że na Control – Workout Wear jest już dostępna nowa kolekcja. A jak zwykle jest zaskakująca, piękna i niezawodnej jakości 🙂

Wracając do tematu, bo ja odbiegam już myślami do tego, co napiszę dwa akapity dalej, warto wspomnieć, że każda rurka była dobra. Nie zastanawiałam się nad tym, na której będę trenować, bo po prostu chciałam trenować na rurze. Jasne, każdy ma tą swoją “ulubioną”, ale głównie ze względu na jej usytuowanie na sali. Wniosek jest taki – doceniajcie każdą rurę, najważniejsze jest to, że po prostu jest.

Jak trochę oszukać, ale tak, żeby nikt nie widział

O tym, że pole dance kłamie już wiemy, bo pisałam o tym o tutaj. Lubimy z natury trochę pooszukiwać, a chyba naszym głównym grzechem jest magnezja. Zaczynając od początku. Nie pamiętam czasów bez magnezji. Kiedy ja zaczynałam, na parapecie w studiu zawsze stała magnezja – płynna i w proszku. Ona była, jednak moja instruktorka zawsze powtarzała, że magnezja jest tylko małym wspomagaczem, a naszą siłą powinny być ręce. Mam zupełnie słabe ręce. A do tego jeszcze pocą się tak szybko, że nawet najlepsza magnezja nie pomaga. Przeszłam od czasów, kiedy zupełnie nie używałam magnezji, poprzez ciągłe zużycie, do teraz. Obecnie staram się ograniczać magnezję i stosować ją w nagłych wypadkach (i to nie tylko dlatego, że mój Dry Hands jest na wykończeniu, a wiadomo, jak jest z dostępnością). Stara zasada jest cały czas aktualna. Trenuj, a siła przyjdzie z czasem.

W temacie oszukiwania nie można nie wspomnieć o naszym nastawieniu, którego czasem nie rozumiem, a czasem – przyznaję się bez bicia – sama używałam (tak, czas przeszły). Mowa oczywiście o:

  • muszę teraz koniecznie poprawić kucyka, bo mi gumka spada z włosów
  • nie chcę, ale muszę odpisać na tę wiadomość, bo się świat zawali
  • jestem taka spragniona, ale lubię pić małymi łyczkami

I inne tego typu, na pewno już rozumiesz o co mi chodzi. Czy to grzech, kiedy czasem postoję i nic nie porobię, kiedy zupełnie mi się wychodzi? Jasne, że nie. Nie musisz się z tego spowiadać (chyba, w sumie to ja nie wiem). No chyba, że chcesz mi się wyspowiadać to ja Cię wysłucham i rozgrzeszę, nie ma problemu. Dobra, już wracam do tematu.

Po co ja właściwie trenuję?

Czasem bywa tak, że nam coś zupełnie nie wychodzi. Jak wspomniała Karolina, zaczynamy wtedy zwalać winę na wszystko dookoła – zła rura, nie mój dzień, ta figura nie jest dla mnie. Czy to źle? Jasne, że nie, bo to Ty chcesz trenować. I tu pojawia się to magiczne słowo “chcesz”. Bo skoro chcesz trenować i płacisz za to niemałe pieniądze, to dlaczego tego nie robisz? Kto odpowie na to pytanie, ten dostaje dodatkowy punkt. Bo ja nie wiem.

Jaki jest klucz do sukcesu? Odpowiedź być może wydaje się prosta, wręcz banalna. Wystarczy trenować, przychodź na treningi i nie obijaj się. Nie szukaj wymówek. Chyba, że nie zależy Ci na szybkim progresie, co też jest oczywiście w porządku, ale w takim wypadku nie narzekaj na jego brak.

Tutaj chciałam wspomnieć też o tym, że winowajcom takiej postawy może być sposób nauczania, który niestety nie zawsze jest odpowiedni. Bezpieczne i holistyczne nauczanie pole dance pozwala na rozwijanie każdej sfery – siły, rozciągnięcia i rury. Przeszłam przez kilku instruktorów w swoim życiu, słyszałam różne historie i stwierdzam z całą pewnością, że nic nie daje tak dobrych efektów, jak systematyczność i odpowiednie podejście. Mówi się, że trzeba wyrobić sobie siłę, ale skoro na treningu robię lekką rozgrzewką i nie wzmacniam się, to zajmie to dużo czasu. Szybsza jest droga na skróty (czyt. magnezja).

Co poszło nie tak?

Wspominamy tu sobie o tym, że kiedyś to się jednak ostro trenowało, a teraz to nie wiadomo po co te zajęcia. Co lub kto zawinił? Trudno szukać winowajcy, ale jeśli już miałabym wskazywać palcem to stawiam na… Popularność. Tak, coś, na co każda i każdy z nas czekał. Tyle lat walki o akceptację i poszerzanie wiedzy na temat pole dance. Coraz to nowsze studia pole dance w nawet najmniejszych miastach, aby każdy miał dostęp do rury i mógł się uczyć. Nie chciałabym, żebyś źle mnie zrozumiała. Uważam, że to bardzo dobrze, że każdy ma dostęp do rurki i może trenować. W takim razie, co jeszcze poszło nie tak, skoro ogólnodostępność mogłaby być dobra?

MY. Z cały przekonaniem uważam, że my. Ja, Ty, światowe pole dancerki i nasz mały przyjaciel – Instagram. Gdzieś też pisałam już o tym, jak pole dance kłamie w mediach społecznościowych. Pokazujemy bardzo niewiele. Jedną figurę, może jakiś combos. Oczywiście musi być perfekcyjny, bo inaczej to wstyd wrzucać. Chcąc wszystkich przekonać do tego, że pole dance jest pięknym i wymagającym sportem trochę się zagubiliśmy. Poszliśmy za daleko.

Zaczynając swoje treningi ja zupełnie nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Nie wiedziałam, jakie są figury, co powinnam lub mogę wykonywać. Jasne, oglądałam filmy, na których wszystko wygląda zgrabnie i lekko, ale sama nawet nie liczyłam na to, że kiedykolwiek dojdę do takiego poziomu. A teraz? Czasem mam wrażenie, że dziewczyny przychodząc na zajęcia znają większość figur i chciałyby na pierwszych zajęciach wejść w rainbow marcheko, bo w sumie czemu nie? Doszliśmy do momentu, w którym można się zastanowić, czy zbyt duża wiedza pomaga czy szkodzi?

Co robić?

A może wystarczyłoby zacząć od pokazywania naszych treningów od innej strony? Co z tego, że napiszesz w opisie pod zdjęciem, że do tej figury próbowałaś wejść pół roku? Jeżeli ktoś to w ogóle przeczyta, to uzna, że wyolbrzymiasz. Niestety, takie mamy czasy. Ludzie patrzą i lubią widzieć to, co ładne. Jednak, żeby to zobaczyć, trzeba przejść czasem bardzo brzydką drogę. Brzydka prawda jest potrzebna, bo po prostu jest prawdziwa.

Możesz nazwać siebie pole dancerką/em?

Dużo dzisiaj napisałam. Nie wiem, czy w mojej głowie tak to miało wyglądać i czy na pewno przekazałam wszystko, co chciałam. Jeżeli jeszcze to czytasz, to podziwiam, dziękuję i obiecuję, że to już prawie koniec.

W poście Karoliny padają mocne słowa:

Chcesz mówić o sobie pole dancer/ka?

Karolina Grzywaczewska

Czasem mam wrażenie, że samo słowo “pole dancerka” traci na znaczeniu. A może nikt nigdy nie nadał mu prawdziwego znaczenia? Czy mamy jakiś słownik, definicję? Czy żeby nazwać siebie pole dancerką wystarczy zapisać się na zajęcia i przyjść na trening? Może wymagany jest staż albo poziom? Nie wiem.

Dla mnie pole dance jest życiem. Nie dlatego, że jest to mój sposób utrzymania się. Z całą pewnością nie, bo na razie tylko do tego dokładam. Jednak chodzi mi o sposób myślenia.

Pole dancer to dla mnie ktoś, kto żyje rurą. Po prostu. Nie ma Ani studentki, Ani córki, Ani pole dancerki czy Ani jakiejś tam. Jest Ania (musisz wiedzieć, że nie lubię swojego imienia w formie “Ania”, ale inaczej się tu nie da). Chodzi mi o to, że jestem całością i pole dance zajmuje bardzo duże miejsce w tej całości. Nie wyobrażam sobie skończyć z treningami. W głowie to ja tak naprawdę trenuję cały czas. Zastanawiam się nad wejściem do danej figury, układam combosy, choreografie. Cały czas myślę o tym, co muszę jeszcze zrobić, żeby osiągnąć swój cel. Jak mnie ktoś zapyta o pole dance to mogę mówić godzinami. Choćby już nikt nie słuchał. Pole dance to dla mnie życie, dlatego z pewnością nazywam siebie pole dancerką.

Czy zaczęliśmy nadużywać tego słowa? Być może tak. Wierzę, że każdy po przeczytaniu tego postu będzie mógł zrobić sobie rachunek sumienia i samemu ocenić, jak powinien siebie nazwać. Lepiej – mam nadzieję, że każdy będzie miał szansę na dostrzeżenie swoich błędów i być może zmianę swojego postępowania. Być może kiedyś pole dance będzie inny, być może lepszy.

Tym możemy zakończyć i udać się na poszukiwanie wielkiego “BYĆ MOŻE”.

A jeszcze coś jednak

Bardzo ładnie zakończyłam i chciałabym to tak zostawić, ale chciałabym Was również zaprosić do przeczytania tego, co na temat pisze Asia, a post znajdziecie o tutaj.

Zapraszam do dyskusji, może macie swoje wspomnienia czy też przemyślenia. A może razem stworzymy definicję prawdziwego pole dancera? 🙂

Podobał Ci się ten tekst? Zostaw komentarz!