previous arrow
next arrow
Slider

FAKE OFF! Jestem sobą! #1

Początkowo miała to być zwykła fotka na konkurs. Długo zwlekałam, nie wiedziałam co zrobić, czy na pewno to zrobić i o czym tak właściwie napisać? Obudziłam się na kilka dni przed końcem konkursu i już wiedziałam, co chcę zrobić. Czy byłam pewna tej decyzji? Nie. Naraziłam się na upokorzenie i wyśmianie. Tak, takie miałam myśli. Zakończenie jednak bardzo mnie zaskoczyło…

Postaram się zacząć od początku. Samego początku tej historii. Urodziłam się z zespołem Polanda. Jeszcze dwa lata temu sama nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje. Przez 10 lat byłam “leczona” w jednym z warszawskich szpitali. Leczenie polegało na 3 – minutowych wizytach i zapewnianiu mnie o tym, że wszystko jest dobrze i nie ma co dramatyzować. Jasne, tylko jak dojrzewająca dziewczynka ma zrozumieć, że normalne są jej asymetryczne piersi? Jak masz jej wytłumaczyć, że nie ma się czego wstydzić i może się spokojnie przebierać na wf-ie? A może przekonasz ją do pójścia na basen, kiedy strój całkowicie przylega do ciała i idealnie ukazuje różnicę w rozmiarze biustu? Raczej trudne do wykonania. W ostatnim momencie trafiłam do Zabrza, gdzie lekarz od razu zdiagnozował moją chorobę i nie mógł uwierzyć, że nikt wcześniej mi o tym nie powiedział. Jak się okazało różnica jest nie tylko w klatce piersiowej i biuście, ale w całej mnie. Po prostu prawa i lewa strona są zupełnie inaczej zbudowane. lekarz zaproponował mi naprostowanie klatki piersiowej, co pozwoliłoby chociaż na normalne oddychanie podczas wysiłku fizycznego. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że operacja wiązała się z niewyobrażalnym bólem i długą rehabilitacją. Czas na decyzję był krótki, ale zdecydowałam się podjąć ryzyko. Jeżeli możemy coś zmienić, to po co siedzieć i czekać? Pojechałam na swoją pierwszą operację.

Pod klatkę piersiową wstawili mi metalową płytę, która ” na chama” wypchnęła połowę zapadniętej klatki piersiowej. Obudziłam się na sali bez możliwości ruszenia się, samo oddychanie stanowiło problem i ból. Byłam dosłownie przesiąknięta lekami przeciwbólowymi i narkotycznymi. Całe szczęście, że mam tak wspaniałą mamę (wiem, że to czytasz), która pomogła mi dosłownie we wszystkim. Po tej operacji wszystkiego trzeba nauczyć się na nowo, nawet oddychania. Jakakolwiek forma samodzielności kończy się raczej bólem i płaczem. Nie mogłam leżeć, siedzieć, chodzić, stać… Dosłownie nic nie mogłam zrobić sama. Byłam kompletnie uzależniona od mamy. Po dwóch miesiącach wróciłam do szkoły, a pół roku później na regularne zajęcia pole dance. Człowiek myśli, że jeżeli raz coś opanował, to nie będzie miał żadnego problemu wrócić do tego po krótkiej przerwie. A guzik prawda. Czułam się jak całkowicie początkująca kursantka o słabej wytrzymałości fizycznej. Tak, jakbym pierwszy raz na oczy rurę widziała i pytała, do czego to służy. Podstawowe wejście na rurę – to była dopiero masakra. Generalnie w 8/10 przypadkach miałam ochotę rzucić to wszystko i całymi dniami leżeć w łóżku użalając się nad tym, jak mi jest źle. Ale nagle piękny głos w mojej głowie powiedział: “hej! przecież to Twoje marzenie! nie rezygnuj z niego”. No to nie zrezygnowałam. Ostatnio moja mama przywołała bardzo śmieszne powiedzonko: “tak dobrze żarło i zdechło”. Wydaje mi się, że idealnie opisuje ono to, co wydarzyło się potem.

Kiedy już wracałam do pewnej sprawności i nawet mi się udawało nie poddawać po każdym treningu to się okazało, że ktoś postanowił zrobić mi na złość i sru. Płyta się odczepiła, robimy kolejną operację. I powtórka z rozrywki. Chyba nie muszę pisać, że STRASZNIE BOLAŁO? Teraz taki ból głowy czy brzucha to jest dla mnie nic. Powrót do pole dance znowu okazał się strasznie trudny. Dosłownie każdego elementu musiałam uczyć się od początku i to cholerne wejście na rurę też nigdy nie wychodziło. Do samego bólu pooperacyjnego doszły nerwobóle, na które nie działały żadne leki. Mogłam wziąć dziesięć tabletek przeciwbólowych na raz, a ból nadal by nie odszedł. Po drugiej operacji na rurę wróciłam po 5 miesiącach. Uważałam na siebie dwa razy bardziej, każdy ruch wydawał mi się niebezpieczny. Jeżeli chodzi o pole dance to wielu elementów nie mogę wykonywać, ale staram się jak najlepiej uczestniczyć w zajęciach i przynajmniej próbować.  Postanowiłam się nie poddawać. Trenowałam w domu, chociaż trudno to nazwać “trenowaniem”. Lepiej powiedzieć, że próbowałam wchodzić na rurę. Po prostu nie spaść przy pierwszej próbie podciągnięcia do góry. Później przyszła pora na pierwsze figury. /tu też nie było rewelacji, pierwsze podejścia kończyły się raczej marnie. Później zrozumiałam, że nie chodzi tylko o ból związany z odzwyczajeniem ciała od rury, ale przede wszystkim o strach. Po prostu bałam się, że spadnę i będę musiała przechodzić wszystko od początku. Kiedy się odważyłam wszystko okazało się trochę łatwiejsze. Nadal nie jest idealnie, ale jestem na najlepszej drodze do tego, aby spełnić swoje marzenia i zostać SUPER GWIAZDĄ POLE DANCE! Najważniejsze są nasze marzenia, trzeba o nie walczyć.

Właśnie w tym momencie doceniłam kilka ważnych spraw w życiu…

CIĄG DALSZY NASTĄPI.

Podobał Ci się ten tekst? Zostaw komentarz!